Autor Wiadomość
Anthis
PostWysłany: Nie 21:18, 28 Cze 2009   Temat postu: Dekmar Meyer - w mroku nocy

Dekmar Meyer – „W mroku nocy”

Było zimno. Było zimno, wietrznie i na domiar złego padał deszcz, rzęsisty jesienny deszcz, który w szybkim tempie powodował moknięcie stojących w uliczce wozów z plandekami, drewno beczek i skrzyń powoli puchło od wody w podcieniach bramy. Człowiek tulący się do kamiennej ściany był już niemal w całości przemoczony. "Paskudna jesień", pomyślał, "tak paskudna jesień, że aż...". Takie były właśnie jesienie w Middenlandzie.

Był ubrany na czarno, dlatego nocny mrok uważał za dobrego sprzymierzeńca, nawet światło latarni wiszącej na drągu dzierżonym przez jednego z dwóch strażników stojących w bramie nie było w stanie wydobyć z mroku jego zaczajonej pod murem sylwetki. Nie różnił się niemal niczym od bezkształtnych głazów, z których wykonano budowlę, ani od osłaniających go od strony ulicy krzewów. Przez te właśnie krzewy musiał się wcześniej przedrzeć, ale udało mu się to nader łatwo. Teraz jego przyszłość leżała tylko kilka sążni powyżej, za oknem, i zamierzał wziąć ją w swoje ręce.

Schylił się podnosząc kamień, a następnie sięgnął po małą kuszę z tylko jednym, metalowym bełtem zakończonym kotwiczką o dwóch grotach. Bełt nie był przeznaczony dla strażników, dla nich miał kamienie. Bełt był czymś więcej, jego drogą do lepszego jutra. Skrzyżował dwa palce ku przychylności Ranalda, zamknął oczy i pomyślał „zaczęło się”. Uniósł ramię i cisnął kamień, gdy tylko obaj strażnicy odwrócili głowy w stronę podwórca. Cisnął go tak dokładnie jak tylko potrafił, ze skrzyń po pochyłym bruku potoczyły się leżące na skrzyni rzepy, kalafiory i inne warzywa. To wystarczyło. Obaj strażnicy, ten z latarnią i ten drugi, podbiegli w stronę skrzyń by pojmać domniemanego żartownisia lub nawet rzezimieszka, który odważył się zakłócić ich nocną wartę. Tak, to wystarczyło. Mała kusza powędrowała do ramienia, palec wykonał tylko jeden skurcz, orzech zwolnił cięciwę i bełt wystrzelił. Dał się słychać szum lecącego pocisku, który nie stanowił przecież cichej broni, dodatkowo wysnuwającego ze szpuli cienką konopną linę. Gdy grot zahaczył o belkę stanowiącą zapewne jedną z wystających kalenic dachu, człowiek przy murze uśmiechnął się do siebie poprawiając czarny kaptur. Udało się. Akurat na czas, gdyż powracający strażnicy obrócili się w jego stronę. Doskonale wiedział, że go nie widzieli, lecz mogli coś słyszeć. Przywarł do ściany i dłuższą chwilę ich obserwował. Kiedy nie dostrzegł żadnej reakcji, odetchnął po cichu z ulgą. Ta część planu została wykonana bez zarzutów. Kuszę przewiesił sobie przez plecy, by mieć obydwie dłonie wolne, a następnie napiął linkę i rozpoczął wspinaczkę. Celowo wybrał zewnętrzną stronę wieży, by nie kusić losu, a dokładnie dlatego, że to właśnie ta strona była słabo oświetlona, więc straż czy potencjalny nocny wędrowiec nie byliby w stanie go dostrzec. Powoli i żmudnie wspinał się po nierównych, mokrych kamieniach, a deszcz delikatnie tłumił wszelkie dźwięki. Lecz ten sam deszcz pokrył kamienie wilgocią powodując, że stały się cholernie śliskie i zdradliwe. Dlatego też wspinaczka zajęła mu tak dużo czasu i była tak wyczerpująca. Zdążył się nieźle napocić, zanim to usłyszał. Z ciemności wyleciała sowa i na chwilę serce złodzieja zamarło. Tam na dole ktoś stał. Stał i zdawał się go obserwować, lecz zauważył tylko przelatującego ptaka, który tak go wypłoszył. Ptak odleciał, a włóczęga tylko śledził sowę wzrokiem. Nie dostrzegł jednak nikogo, tak jak wspinacz przewidział.

Odczekał chwilę aż tamten odejdzie pogawędziwszy ze strażnikami, a następnie kontynuował. Dalsza wspinaczka była znacznie łatwiejsza, bo okap dachu chronił nieco mury od wilgoci. Deszcz nie miał do nich przystępu, więc były niemal suche. I kruche. Co chwila złodziej zamierał, gdy jakiś kamień sypnął piaskiem lub zwietrzałą zaprawą, wsłuchiwał się w odgłosy odpadających kamyczków i przy tym bardzo uważał, by to co odpada od ścian murów nie zwróciło na niego uwagi wartujących. Znowu się udało. W końcu dotarł do wąskiego gzymsu przebiegającego pod kilkoma oknami. Gzyms wyglądał solidnie, jednak nie zwiodło to złodzieja. Nadal bardzo uważał, nie pozwalając sobie ani przez chwilę na to, aby się rozluźnić czy zdekoncentrować.

Kucając na parapecie mocno przywarł plecami i bokiem do ściany, po czym ostrożnie podkradł się do okna, które upatrzył dzień wcześniej. Doskonale wiedział kto tam mieszka, kto jest gościem szlachcica. I to właśnie ten gość był jego celem, a dokładnie to, co miał przy sobie. Wychylając się prze krawędź okna szybko spojrzał do wnętrza, a następnie od razu cofnął głowę. Ten ruch mu wystarczył. Już wiedział jak przedstawia się sytuacja. Wewnątrz, niemal na wysokości jego głowy, czyli w dole okna, zauważył siedzącego nie dalej niż trzy łokcie od niego człowieka. Człowiek nosił bogato haftowaną złotą nicią kamizelę w kolorze starego, wytrawnego czerwonego wina, na głowie miał beret w podobnym kolorze, a jego koszula była zapewne z jedwabiu, jak ocenił. Człowiek siedział przy stole stojącym pod samym oknem i pisał coś na pergaminie, oświetlając cały pulpit stojącą po lewej stronie świecą. To właśnie świeca ośmieliła wspinacza do spojrzenia kolejny raz. Oślepiała tamtego tak,
że nie mógł widzieć co dzieje się za oknem. Jednocześnie rzucała tyle światła, że złodziej dostrzegł to co chciał dostrzec. U wezgłowia łoża, na niewielkim rzeźbionym stoliku, stała inkrustowana perłami i egzotycznym drewnem niewielka szkatuła. To mu wystarczyło, wycofał głowę i przyłożył ucho do framugi, patrząc jednocześnie na ulicę, w stronę bramy. Wtedy usłyszał. Nie do wiary! Tamten kupiec śpiewał sobie pod nosem. Tak go to rozbawiło, że omal się nie zdradził tłumiąc w ręku śmiech, wszak, że ten kupiec nie był najlepszym śpiewakiem.

Czekał. Długo czekał. Długo siedział z uchem przy drewnianej sztaludze okna, aż wreszcie nastąpiło to na co czekał. Świeca nareszcie zgasła, lecz czekał nadal. Cierpliwości nauczył się już dawno, przy rachowaniu skomplikowanych obliczeń matematycznych na Collegium Theologica. W zawodzie złodzieja cierpliwość to konieczność, a lekcje które odebrał z gildii były trudne i nie zawsze przyjemne, jednak opanował je bez problemu dzięki drzemiącym w nim talentom. "No nareszcie...", pomyślał,
gdy usłyszał stuk zamykanych drzwi i przekręcanego w nich klucza. Natychmiast zaczął działać. Wyjął zza pazuchy cienki porcelanowy spiek. Uderzył nim w lewy, górny kwartał okna. Szyba przybrała fakturę pajęczej sieci. Złodziej delikatnie wepchnął ją do środka i sięgnął w stronę okiennej klamki, wszystko zajęło tyle czasu, ile zajmuje wypowiedzenie niezbyt długiego przekleństwa. Chwilę wsłuchiwał się, jednak nic nie przerwało ciszy mieszającej się z szumem wiatru i spadającym deszczem. Uchylił jedną z połówek okna, tą bliższą siebie. Gdy szpara była już odpowiednio szeroka, lecz jeszcze niewielka, dokładnie zlustrował pomieszczenie poświęcając na to tylko moment. Wzrok miał dobry, pamięć również, a do tego ciemność nie stanowiła problemu, zawsze była jego sprzymierzeńcem. Powoli przełożył nogę przez ramę, następnie trzymając okno przecisnął korpus i głowę. Na końcu przełożył drugą nogę, a następnie rękoma dopchnął okno tak, by wyglądało na zamknięte. Był w środku.

"To już prawie koniec", uśmiechnął się w myślach. Pierwsze, co zrobił, było wytarcie śladów miękkich butów na stole. Zostawił ślady, gdyż na zewnątrz było mokro i błoto stanowiło oczywisty element otoczenia. Usunął je starannie również z własnego obuwia i zabrał się do rzeczy. Garbiąc się podszedł do szkatuły i dokładnie ją obejrzał nie ruszając z miejsca. Jakieś przeczucie kazało mu uważać, to tak jak z sową, drobne wewnętrzne ostrzeżenie, którego nauczył się słuchać równie szybko jak kraść. Tak. Była tu pułapka. Nadal nie ruszając kuferka wydobył niewielki, lecz sztywny drucik zakończony małym haczykiem i ostrożnie, powoli zagłębił go między wieczko, a spód pięknego pojemniczka. Majstrował dłuższą chwilę, czemu zawsze towarzyszył ruch języka, o którym wiedział, ale postanowił nic z tym nie robić. Ruch języka pomagał mu w koncentracji w chwilach zwiększonego stresu, a ta była konieczna w takim momencie. Gdy usłyszał delikatny skok zapadki, wyjął drucik i odetchnął chowając język i przecierając wierzchem ręki czoło z kropel potu. Teraz zamienił drucik, chowając go do futerału wewnętrznej kieszeni, na bardziej odpowiednie narzędzie, pochodzące z tegoż futerału. Było to nic innego jak dobrany wielkością do zamka wytrych. Pracując obiema dłońmi manipulował narzędziem przez moment, jaki krasnolud potrzebuje na wypicie połowy piwa. Zaskoczyło!, języczek zapadł się i klapka odskoczyła na pół cala. Schował wytrych i zerknął do wnętrza.

W środku, poza naszyjnikiem z jaspisami i dwoma pierścieniami, jednym z onyksem, a drugim z jadeitem, znajdowało się coś... coś tak bardzo potrzebnego naszemu bohaterowi. Było to dokładnie to, po co tu przyszedł. Kilka kartek. Kilka arkuszy pergaminu związanych satynową, czerwoną wstążką. Wziął wszystko zwinnym ruchem palców obu dłoni. Zamknął delikatnie szkatułę, obrócił się i… I wtedy usłyszał głosy za drzwiami, a chwilę później trzask przekręcanego klucza w zamku drzwi...


Przyznane PD: 30 - Skerbol

Powered by phpBB © 2001/3 phpBB Group